Eros w filmie

Rozmowa z Marią Kornatowską, krytykiem filmowym, eseistką

— Czy docierające do nas od czasu do czasu fale seksu są zjawiskiem rzeczywistym, czy wywołanym sztucznie?

— Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo w epoce środków masowego przekazu, maksymalnie rozwiniętej reklamy, zbiorowych manipulacji itd. niełatwo powiedzieć, co jest zjawiskiem rzeczywistym, a co wywołanym sztucznie czy też pobudzonym. Bo może być tak, że istnieją rzeczywiste motywacje, które zostają rozdmuchane sztucznie.
Myślę, że fala seksu ma swoje rzeczywiste podłoże. Na postawione przez pana pytanie można patrzeć różnie. Na przykład Karen Horney uważa, że w szalenie znerwicowanym współczesnym społeczeństwie nerwica wyraża się m.in. wyolbrzymieniem seksu, który spełnia funkcję zastępczą. Znaczy to, że przypisywanie nadmiernego znaczenia erotyzmowi nie wynika z autentycznych potrzeb, lecz z nerwicy kompulsywnej. Uważam, że takie zjawisko we współczesnym społeczeństwie istnieje i niewątpliwie jest ono autentyczne.
Druga kwestia to show-​business, reklamujący atrakcyjność fizyczną. Można to zobaczyć w filmie Star 80, w którym pokazano łączenie sex-​businessu z show-​businessem oraz tworzenie ideału urody, seksu, życia, któremu wszyscy chcą dorównać, a którego nie mogą osiągnąć.
Trzecia sprawa to osłabienie potencjału biologicznego człowieka Zachodu. Niektórzy uczeni twierdzą, że im bardziej kraj jest rozwinięty cywilizacyjnie i industrialnie, tym bardziej ten potencjał się obniża. Uwidacznia się to wyraźnie w krajach Północy (być może nie bez znaczenia jest klimat i rodzaj temperamentu), gdzie nota bene najbardziej rozwinął się przemysł pornograficzny. Dowodziłoby to, że jest on surogatem autentycznych doznań.

— Czy te refleksje zrodziły się na podstawie osobistych obserwacji poczynionych przez panią na Zachodzie?

— Poniekąd. Daje się tam na przykład zauważyć inwazję kobiet z Północy, a więc Szwedek. Niemek, Angielek i Amerykanek na Włochy. Uważa się bowiem, że istnieje tam wspaniały latin lover. Myślę jednak, że obecnie, w związku z szerokim wyzwoleniem kobiet, mit włoskiego kochanka, niestety, szalenie podupadł. Okazało się bowiem, że ci kochankowie nie są już tacy dobrzy, jak o tym mniemano. Obecnie, zdaje się, kobiety przerzuciły się na jeszcze silniejszych biologicznie mężczyzn trzeciego świata oraz innych krajów południowej Europy. Trzeba pamiętać, że np. we Włoszech funkcjonowała dość liczna warstwa młodych, ładnych chłopców żyjących na koszt rozmaitych cudzoziemek.
To, że sex-​business jest „zamiast”, widać znakomicie we wspomnianym przeze mnie filmie Star 80, gdzie zdjęcia erotyczne zastępują rzeczywistość.

— U nas bardzo często i bardzo łatwo szermuje się słowem „pornografia”, opatrując nim rozmaite zjawiska, również sztukę erotyczną. Jak pani rozumie ten termin? Pytam o to, ponieważ w sferze sztuki nie sprawdza się definicja „urzędowa”, twierdząca, że pornograficznymi są utwory o treści nieprzyzwoitej, obliczone na wywołanie erotycznego podniecenia. Jest przecież wiele wybitnych filmów, jak choćby Źródło czy Milczenie Bergmana, które niewątpliwie podniecenie wywołują, a na pewno nie można ich zaliczyć do kategorii porno.

— Pornografia, którą są różne pisma i „świerszczyki” ukazujące ściśle płciową sferę, seks technicz­ny, zupełnie mnie nie interesuje. Osobiście uważam, że jeśli chodzi o sztukę, to nie ma żadnego znaczenia, czy pokazuje ona sceny mniej czy bardziej przyzwoite. Wydaje mi się — wynika to z indywidualnego odczucia — że bardziej pobudzające erotycznie jest nie to, co się pokazuje, lecz to, co się sugeruje. Wracając do przykładu filmowego, dreszcz człowieka przenika, nawet mnie kobietę, gdy ogląda się słynny striptiz, który robi Rita Hayworth w filmie Gilda, zdejmując rękawiczkę.
Erotyzm jest sprawą szalenie skomplikowana. Jest on pewnym darem, rodzajem wrażliwości. Wiąże się on i ze zmysłowością, i z wyobraźnią. Dla mnie twórcami posiadającymi te właściwości są przykładowo Bergman i Visconti.
Erotyzm dla mnie — mówię to zupełnie amatorsko — jest pewnym indywidualnym sposobem odczuwania, jakimś, jak gdyby dodatkowym zmysłem. A pornografia jest czymś zupełnie innym, czymś mechanicznym, zastępczym, czego działanie da się obliczyć. Myślę, że oddziałuje ona na szczególny typ ludzi. Są na nią uczuleni osobnicy z kompleksami i potrzebujący specjalnych bodźców.

— Erotyzm w przeciwieństwie do pornografii, która jest związana wyłącznie ze sferę genitalną, zawsze jest uwikłany w jakieś konteksty.

— Oczywiście, psychologiczne, sytuacyjne i inne, niekiedy bardzo złożone. Jest on czymś z pogranicza. Łączy się na przykład ze śmiercią.

— Czy w filmie Eros, jak to ktoś powiedział, jest często bratem śmierci?

— Najciekawsze utwory o miłości są zarazem obrazami o śmierci. Nawet akt miłosny kojarzy się ze śmiercią, Francuzi nazywają to la petite mort, czyli mała śmierć. Związek Erosa z Tanatosem jest jednym z bardziej skomplikowanych tematów. Pisał o tym między innymi Denis de Reugemont, który uważał, że koncepcja miłości w kulturze Zachodu w gruncie rzeczy wyraża pragnienie śmierci. Nie jest to więc dążenie do życia, ale do śmierci. No, bo Romeo i Julia, Tristan i Izolda…

— To są bohaterowie literaccy. Proponuję przejść na płaszczyznę związków bardziej realnych. Rzeczywiście, jeżeli przeżywa się wielką miłość — przy­najmniej ja tak uważam — kiedy uczucie staje się nagle czymś najważniejszym, wówczas następuje zrównanie miłości ze śmiercią. Mówi się nawet wtedy, że można umierać, bo nicrównie wielkiego już się nie przeżyje.

— Problem polega na tym, że miłość naprawdę intensywna, pochłaniająca jest szalenie destrukcyjna, bo jest, można tak powiedzieć, aspołeczna. Sta­wia interes indywidualny nad jakikolwiek inny. Spełnienie takiej miłości jest niemożliwe, bo wtedy rzeczywiście pragnie się mieć kogoś całkowicie. Pojawia się pragnienie jak gdyby wchłonięcia drugiej osoby. Jest to rodzaj kanibalizmu.

— Był taki przypadek we Francji. Myślę o Japończyku, który pożerał ukochaną.

— Tak, ale nawet w sensie przenośnym jest to niemożliwe. Poza tym absolutne stopienie się ludzi może trwać bardzo krótko, ponieważ w pewnym momencie następuje ruch odśrodkowy. Jakkolwiek by na to zjawisko patrzeć, jest ono niemożliwe do utrzymania, bo zakłada życie w izolowanych warunkach i w totalnej symbiozie.

— Świadczy o tym między innymi film Ostatnie tango w Paryżu. Według pani jest to obraz o pasji namiętności czy studium starzenia się?

Na pewno częściowo jest to film o starzeniu się mężczyzny, ale przede wszystkim, traktuje on o namiętności rodzącej się właśnie w warunkach wyizolowanych z kontekstu społecznego i życiowego. Film ten ujawnia ukryte potrzeby obojga partnerów. Jest to szalenie interesujący, bardzo osobisty utwór Bertolucciego.

— Zdumiewające jest również to, że młody reżyser, który miał podczas kręcenia filmu 31 lat, bardzo trafnie sportretował dojrzałego mężczyznę.

Ten film jest interesującym studium z wielu względów. Również jako portret mieszczańskości młodej, zimnej kobiety, która pewnie będzie dobrą żoną, ale w której w gruncie rzeczy tkwią powikłane potrzeby seksualne, między innymi głęboki masochizm, który ta sytuacja ujawnia. I właśnie tego ujawnienia nie może ona zaakceptować. W filmie jest to podkreślone, gdyż bohaterka zabija kochanka z pistoletu swego ojca. Gdyby Jeanne chciała połączyć się z Paulem, musiałaby radykalnie odmienić swoje życie, a tego nie umiałaby zrobić.

W tym filmie prawdziwa jest również sytuacja mężczyzny, który najpierw traktuje kobietę jak rzecz, a po pewnym czasie zakochuje się w niej. Okazuje się więc — przed czym przestrzegają seksuolodzy — że zabawy erotyczne są bardzo niebezpieczne.

— Jest to film, który powinien się panu podobać, gdyż traktuje o większej potrzebie miłości u mężczyzny niż u kobiety. Bo kiedy on zaspokoił jej potrzeby, ona go odrzuca, a wydawało się, że jest przez niego zdominowana.
Być może w ludziach tkwi potrzeba anonimowego, rozluźniającego spotkania. W kobiecie może tkwić utajone pragnienie bycia prostytutką. Boże! Brzmi to szalenie gorsząco! Myślę po prostu, że ludzie są tłumieni, ten film pokazuje to dobitnie, przez swoje kontakty społeczne. Jest to obraz bardzo antymieszczański, anarchistyczny. Taki jest właśnie Bertolucci.
Film ten uświadamia — z czym się zgadzam — że miłość wcale nie musi być partnerska, jak to ostatnio się u nas uważa. Może być ona również ambiwalentna, podszyta nienawiścią. Czy to, co mówię, nie jest za bardzo subiektywne?

— Nie, jest bardzo ludzkie i prawdziwe.

Taka miłość jest również destrukcyjna. Uczucie równe, przyjazne, ciepłe sprawdza się świetnie w małżeństwie, które, przynajmniej teoretycznie, powinno być związkiem trwałym. Natomiast w moim przekonaniu, nie jest to absolutnie wielka miłość, wielka namiętność.

— Nieczęsto zdarza mi się słyszeć takie prawdziwe poglądy, wypowiadane przez kobietę. Poświęćmy obecnie nieco uwagi rozważaniom zawartym w pani książce zatytułowanej Eros i film, której obszerne fragmenty zostały opublikowane na łamach kilku czasopism. Wydaje się, że posługując się kluczem, powiedzmy, psychoanalitycznym, niekiedy dokonuje pani nadinterpretacji.

— Uważam, że krytyka jest nadinterpretacją. Ja też muszę się bawić, bo w przeciwnym wypadku moja działalność byłaby nieciekawa i mało twórcza.

Nic przekonują mnie przede wszystkim te fragmenty, w których powołuje się pani na niektóre rozważania psychoanalityków (Freuda, Horney czy Fromma) i wojujące feministki.

— Myśli pan o Germaine Greer i jej książce Żeński eunuch?

— Nie tylko. Na przykład w eseju Eros spętany pisze pani: „Horney — w przeciwieństwie do Freuda — uważała (…), iż to nie kobietę trawi kompleks niższości z powodu braku penisa, ale mężczyzna odczuwa mniejszą biologicznie wartość w stosunku do kobiety. Swój stale zagrożony prestiż biologiczny «nadrabia» gorączkowądziałalnością we wszystkich możliwych dziedzinach, także i w sztuce”. Są to stwierdzenia, myślę, wydumane i nieprawdziwe. Ponadto nieprzekonujący wydaje się podany przez panią przykład bohatera (Michael z Ojca chrzestnego), „dla którego działanie stanowi alternatywę przeżyć seksualnych”. Moim zdaniem działa on w myśl wyższych racji, którymi są dla niego dobro i potęga rodziny Corleone.

— Nie jestem feministką i tak samo jak nie sądzę, że Freud miał rację, mówiąc, że kobieta ma kompleks penisa, tak samo nie do końca jestem pewna, że rację ma Karen Horney mówiąc, że mężczyzna ma kompleks macicy. Myślę jednak, że z punktu widzenia biologicznego jest coś w takim stawianiu sprawy, bo kobieta udowadnia swoją nieodzowność właśnie biologicznością. Jest jak ziemia, natura, jak coś, co trwa i co istnieje. Natomiast mężczyzna musi udowodnić swoją twórczą naturę poza biologią. To oczywiście kobietę ogranicza, bo ona jest pasywna. Ale bez wątpienia dla mnie kompleks działania jest kompleksem, bardzo męskim, który wynika z głębokiej potrzeby potwierdzenia swego istnienia. Jest taki ciekawy film polski zatytułowany Kobieta z prowincji Andrzeja Barańskiego, przedstawiający historię kobiety, która niczego nie zdziałała. Po prostu była. Film jest właśnie zapisem jej bycia.

— Działanie mężczyzny wcale nie musi być wynikiem kompensacji, zastępowaniem przeżyć seksualnych.

— Nie musi, ale być może wynika ono z głęboko ukrytej różnicy biologicznej. Myślę — jest to teza mojej książki, o której rozmawiamy — że w człowieku najsilniejszy jest instynkt destrukcji. Widać to bardzo wyraźnie w kinie, które odzwierciedla podświadomość zbiorową. Z jednej strony chętnie uprzedmiotawia ono kobietę, a z drugiej niszczy i zabija. Ciekawym przykładem jest Bonnie and Clyde, gdzie impotencja staje się jednym ze źródeł instynktu zabijania. Tę kwestię w nieco odmienny sposób podejmuje również Bunuel w Dyskretnym uroku burżuazji i w Mrocznym przedmiocie pożądania.

— Czy rozpatrując polski film w aspekcie erotyzmu rzeczywiście, jak pani twierdzi, impotencja jawi się jako najważniejsze zagadnienie naszego kina?

— Tę sprawę trochę przerysowałam dla celów krytycznych, ale uważam, że polskie kino wyraża stan ogólnej niemożności, która istnieje w naszym kraju. Jest to niemożność, oczywiście, bardziej psychiczna niż biologiczna.

— Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy?

— Nasze życie społeczne nie daje mężczyźnie poczucia pełni, a w związku z tym siły. Jeśli brać pod uwagę wszystkie polskie filmy mówiące o karierze, w pewnym jednak stopniu spełniającej aspiracje, to pokazują one, że dochodzi się do niej metodą wrednych machinacji, drogą niegodną. Wyrażają przekonanie, że w Polsce nie można spełnić ambicji w sposób „czysty” i tym samym wyrażają przeświadczenie, że wobec tego lepiej jest siedzieć i nic nie robić.
Myślę, że dla mężczyzny jest to frustrujące, jeśli założymy, że jest on tym, który działa, podbija świat. Poza tym kobiety jako parterki mężczyzn są w polskim kinie pokazywane fatalnie.

— Ale za to bardzo ładnie prezentuje się, jak je pani nazywa „ozdobne atrapy”, czyli bohaterki takich filmów jak Thais, Widziadło, Przeznaczenie.

Sceny erotyczne istnieją w tych filmach tylko po to, aby pokazać parę rozebranych, upozowanych kobiet.
W kinie polskim nie ma bohaterek, które byłyby interesujące jako postacie. Bo albo są one pokazywane w celu przyciągnięcia do kina publiczności, wtedy wstawia się jakiś striptiz lub umieszcza atrakcyjną dziewczynę w roli winietki, albo są to po prostu ponure baby. Rzecz znamienna, że we wszystkich filmach moralnego niepokoju partnerki opuszczają mężczyznę, kiedy tylko znajdzie się on w sytuacji krytycznej.

— Czy sztuka erotyczna jest, pani zdaniem, bardziej swobodna i wyrafinowana od życia?

— Pewnie tak. Lepiej jednak erotyzm przeżywać, niż go oglądać. Jeżeli sztuka ma być tylko surogatem, jest to bardzo smutne.

— Serdecznie dziękuję pani za rozmowę.

Rozmowa pochodzi z książki „Eros i znawcy”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1994.

Maria Kornatowska wybitny krytyk filmowy, eseistka, wykładowcaFilmówki.
Jest współpracownikiem miesięcznika „Kino”, współscenarzystką (razem z Adamem Kuczyńskim) filmu poświęconemu Wojciechowi Hasowi pt: „Ze snu sen”.
Publikowała w „Kwartalniku Filmowym”, „Filmie”, „Tygodniku Powszechnym”.
Autorka wielu książek o tematyce filmowej, w tym wybitnej książki monograficznej o Fellinim pt. Fellini, za którą w 2003 roku została laureatką Nagrody im. Bolesława Michałka. Ogłosiła - Filmy o miłości, Monika Vitti(1977), Eros i film (1986), Wodzireje i amatorzy (1990), Magia i pieniądze(wywiad-​rzeka z Agnieszką Holland, 2002).
Od 1990 r. publikuje też w USA , w „Przeglądzie Polskim” oraz w nowojorskim „Nowym Dzienniku”.